Aluzje tak zakamuflowane przed cenzurą, że nieczytelne dla widza
Artykuł zawiera spoilery!
Dawno żaden film nie namieszał mi tak w głowie jak ten. A niby taka to prosta fabuła!
Bohaterów mamy dwóch - młody chłopak Ake, który po wypadku został przykuty do wózka inwalidzkiego, oraz Pun, nieco od niego starszy pielęgniarz. Ake ma szczęście być synem bogatego tatusia. Piszę "szczęście", bo tego tatusia stać na przystosowanie domu dla niepełnosprawnego syna. Ake ma niesprawne jedynie nogi, na przeszkodzie do samodzielności stoją więc tylko pieniądze potrzebne na zlikwidowanie barier architektonicznych. Ake nie potrzebuje pielęgniarza, 90% czynności pokazanych w filmie może swobodnie zrobić sam (właściwie jedyne, czego nie może zrobić sam, to zejść po schodach). Nie robi tego jednak. Dlaczego?
Bo nie przeszedł jeszcze wszystkich stadiów psychologicznego godzenia się ze stratą sprawności? Bo jest rozwydrzonym, rozpuszczonym bachorem? Albo nadętym bogatym bubkiem z postawą roszczeniową? Chyba wszystko po trochu.
Pun za to jest wcieleniem spokoju. Próbuje z Akem rozmawiać, kiedy ten uparcie milczy. Cierpliwie znosi jego nieznośność. Tak długo, aż chłopak zaczyna się przełamywać, i powoli nawiązuje się jakaś nić porozumienia między tymi dwoma. Ale nawet to nie zmienia postawy Akego wobec swojej niepełnosprawności. Nadal pozwala Punowi się wyręczać, nosić, pielęgnować. Odmawia też rehabilitacji.
W tym domu wszyscy zdają się spełniać zachcianki Akego, są nadopiekuńczy, ułatwiając mu postawę roszczeniową i powodując wyuczoną bezradność. Ta postawa jest mi skrajnie obca i nie do zniesienia - nie wiem, czy był na sali ktoś, kto zdołał polubić Akego. Samotny ojciec (po śmierci żony), zamiast przystosować dom, zatrudnia pielęgniarza, który wyręcza syna we wszystkim. Kucharka dwoi się i troi, żeby gotować ulubione potrawy chłopaka. Wszyscy są na jego zawołanie, kiedy Pun choruje. I nikt, absolutnie nikt!, nie daje Akemu wolności w postaci samodzielności. On zresztą zdaje się jej nie chcieć.
I tak to się powoli toczy, a sceny z teraźniejszości poprzecinane są (achronologicznie) scenami z przeszłości.
A dlaczego film namieszał mi w głowie? Ano dlatego, że według reżyserki ten film nie jest fabularny i nie opowiada o niepełnosprawnym chłopaku. Jest to film polityczny, tajska Nowa Fala, stanowiący nieoczywisty portret tajskiego społeczeństwa zakamuflowany przed cenzurą. Jest to polityczny podtekst, którego zupełnie nie odczytałam i nie zrozumiałam.
Oczywiście kiedy się już o tym podtekście wie, słowa typu "Ten dom jest piękny, ale ludzie w nim bez duszy" nabierają nagle więcej znaczenia. Widz wyczuwa jakieś aluzje, ale za bardzo nie wie do czego. Zabrakło mi tła społeczno-politycznego (może powinno być pokrótce przedstawione w katalogu festiwalowym?).
Mam też trudność z oceną tego filmu. Gdyby odjąć ostatnie 10-15 minut, byłaby to bardzo, bardzo dobra obyczajówka stanowiąca analizę jednej z postaw ludzkich wobec nabytej niepełnosprawności. Anocha ma do tego oko, a psychologia ludzka jest dość uniwersalna, ponadnacjonalistyczna, do odczytania tak dla Taja, jak i dla Europejczyka czy Amerykanina.
Końcówka, kosmiczne obrazki galaktyk, gwiazd, a potem - jak wisienka do kożucha - jeszcze poród przez cesarkę pokazany obrazoburczo niweczą całe piękno filmu. Bardzo niweczą. Nie wiecie, nawet jak bardzo.
Co zabawne - przed projekcją szef festiwalu prosił, żeby nikt nie wychodził z sali, żeby widzowie zaczekali na ostatnie 10 minut filmu - miały przynieść ulgę, katharsis. Cóż, było wręcz przeciwnie.
Mimo wszystko polecam ten film Waszej uwadze. To dobre kino psychologiczne. A na końcówkę przymknijcie oko.


marylou
Rzeczywiście, końcówka filmu była nieco oderwana od reszty, pewnie skutkiem poezji i przenośni, ale o to przecież chodziło! O odniesienie do Uniwersum, do kosmosu, do nieskończoności, do odradzania się: człowieka, jego duszy, myśli oraz idei, pewnie także państwa, życia w ogóle! Nie można na tę końcówkę przymknąć oka - olać ją to tak jakby podważyć wymowę filmu i idee, wspomniany uniwersalizm życia i funkcjonowania w świecie.
A jeśli chodzi o scenę narodzin - cóż, dla mnie była to jedna z najlepszych scen narodzin dziecka w filmie- szczera i autentyczna, oddająca cud przyjścia na ten świat ze wszystkimi towarzyszącymi mu obawami, strachem, ryzykiem, trudem, ale i szczęściem. Ta scena w żadnym momencie nie była obrazoburcza - po prostu prawdziwa. Piękna.
verdiana
A ja nie jestem pewna, czy zostałabym do końca filmu, gdyby mnie uprzedzono o tej ohydnej scenie ostatniej. Nikt nie uprzedzał, że to film biologiczny! Żadnej poezji, duszy i odradzania się w porodzie nie widzę. ;P Odrodzić może się ktoś, kto już żył, noworodek jeszcze nie zdążył.
marylou
Ojj, narodziny dziecka były SYMBOLEM odradzania się świata, natury itp. itd. Coś się kończy, ale coś się zaczyna. Sparaliżowany chłopak odzyskuje wolę życia, uwalnia się z matni i marazmu - startuje od nowa. Te narodziny dziecka to również aluzja do sytuacji polit. w Tajlandii - nadzieja na nowe idee i lepszy kształt państwa. A wszystko to rodzi się w bólach - jak w naturze. Nie wiem, co tu jest niejasnego :)
verdiana
Wszystko. :P Chłopak jeszcze się nie odrodził, przynajmniej fabuła na to nie wskazywała. Swojej postawy roszczeniowej do końca filmu nie zmienił; poród jako symbol odrodzenia się ON jest absurdalny. Skojarzenie ON z noworodkiem to jak symbol cofania się w rozwoju.
A z kolei aluzji do polityki nie rozumiem, bo zupełnie, ale to zupełnie nie znam tła politycznego. :(
michuk
Muszę się zgodzić z verdianą. Wprawdzie też przyszły mi do głowy pomysły, że może o odrodzenie (a może oczyszczenie, powrót do niewinności?) chodzi, ale uznałem to potem za dość dziwny symbol. Zwłaszcza że nijak nie wynikał z fabuły filmu. Miałem wrażenie jakby tę część dodali do filmu scenarzyści Family Guya, jakby było to wzięte z innego filmu zupełnie. Podobnie kosmos. Nie rozumiem, ale w tym jeszcze nie problem - wielu rzeczy nie rozumiem do końca, a mi się podobają (np Tetsuo, Kuszenie św. Tonu). Po prostu nie trafia to do mnie, do mojej wrażliwości, jak zwał tak zwał -- nie czułem tego. I to nie zarzut. To fakt, z uwagi na który film dostał u mnie 5/10. Podobnie jak np. Bright star.
ayya
Ja się też zgadzam z verdianą, strasznie niejasny film i przesycony metaforami (może twórczyni powinna przygotować jakieś libretto do niego?). Te narodziny na końcu były trochę sztuczne i właśnie fabuła na odrodzenie w ogóle nie wskazywała. Ja nawet powiedziałam do michuka, że te narodziny to raczej wyjaśnienie stanu chłopaka, że się niepełnosprawny po prostu urodził (bo w filmie aluzje do wypadku są jakieś straszne mgliste), takie miałam pierwsze skojarzenie.
Najgorsze w tym filmie jest to, że te dwie kluczowe metafory (kosmos i narodziny) w ogóle nie łączą się z fabułą. Są po prostu wepchane bez ładu i składu do filmu. Dla mnie to dowód nie tyle amatorszczyzny, ile po prostu jakiś niedostatków, niewiedzy filmowej twórczyni filmu.
marylou
Ja mam wrażenie, że na siłę próbujecie za dużo zrozumieć. :) Nie sądzę, żeby w tym przypadku konieczna była analiza każdego szczegółu. Film to sztuka. Ten trzeba interpretować trochę jak obraz - pełen metafor i odautorskich aluzji - nie każdy musi je wychwycić. Nawet jeśłi film składa się z dwóch części - zwyczajnej, fabularnej i artystycznej, lirycznej, to co w tym złego? Jest to jakaś forma komunikacji z odbiorcą, dość niekonwencjonalna dla widza w kinie, ale dlaczego niestrawna?
Mi się kosmiczny wątek bardzo podobał (czułam go, michuk :)) - dość mnie zdziwił, przyznaję, ale wyraźnie wrył się w pamięć. I nie odważyłabym się, żeby zarzucać reżyserce niewiedzę! Więcej. Sugerowałabym, że może niezrozumienie jest kwestią niewiedzy widza?
verdiana
Absolutnie nic w tym złego! Ubolewam tylko, że reżyserka skojarzyła ON z noworodkiem, który de facto jest totalnie niesprawny i zależny - to źle wróży Akemu. :) To najgorszy symbol, jaki mogła wybrać, dlatego próbuję to jakoś zrozumieć. Dlaczego akurat to. Szkoda, że nie było rozmowy z reżyserką i możliwości zadawania pytań.
Poza tym pewnie w ogóle by mnie to nie interesowało i nie obchodziło, gdyby film był zły po całości. Ale nie jest. Jest dobry i ma potencjał. I dziwi mnie, że ktoś, kto ma tak wnikliwe oko i empatię nagle strzela takim zonkiem. ;)
verdiana
Być może noworodek pasuje do sytuacji politycznej, ale - jak już pisałam - te rozważania są mi niedostępne, więc z konieczności rozważam symbol w kontekście filmu, a nie polityki. :)
ayya
Ale ja zarzucam reżyserce niewiedzę w dziedzinie techniki filmowej, a nie w temacie symboli, którymi "napaćkała" swój film, bo myślę, że akurat ona jako jedyna na pewno wie, co chciała przez kosmos, narodziny, żółwia w akwarium i inne powiedzieć. Ja tam przeczytałam "Język filmu" Płażewskiego, może Anocha też powinna?;)
verdiana
"Język filmu" do schowka! A co mi jeszcze polecisz? :)
ayya
Z książek o teorii filmu? Po polsku mało jest:/ Ja mam jeszcze McGowana "Teorię filmu po Lacanie". Jest jeszcze coś takiego jak Gramatyka Języka Filmowego, ale to bardzo podobne do Płażewskiego. Z historii filmu zbieram większość rzeczy pod redakcją Lubelskiego, czterotomowa historia kina zapowiada się fajowo, na razie jest tylko tom 1 z kinem niemym. Pytanie, co konkretnie chcesz czytać?:)
verdiana
Ten 1. tom Lubelskiego wczoraj sobie zaklepałam w bibliotece. :-) Nie mogę się doczekać!
Sama nie wiem, co chcę czytać. Chcę o filmie. I żeby było dobrze napisane. Jak będzie dobrze napisane, to przeczytam wszystko, nawet o działach filmów, które mnie nie interesują. ;>
Oferma
Ciekawa jest też "Teoria filmu" Kracauer'a. Polecam :)
lapsus
"Semiotyka filmu" Łotmana - bardzo dobrze napisana.
verdiana
Od lat nie mogę jej nigdzie dorwać. :(
lapsus
To mi napisz adres. Chociaż najpierw muszę sprawdzić, czy nie wydałem.
verdiana
Pożyczysz mi??!! Już piszę! :D
lamijka
Tyle wznowień ostatnio, może i to wznowią. Ja kiedyś czytałam i mam dobre wspomnienia, ale obecnie już tak zamglone, że nawet nie umiem powiedzieć, na czym polegał tamten mój zachwyt.
verdiana
Chyba właśnie od Ciebie się o tej książce dowiedziałam. :-)
doktor_pueblo
No dobra, mówi się trudno. Dawno nikogo nie obraziłem, ale dłużej już nie wytrzymam. Najwyraźniej mam jakąś wewnętrzną potrzebę i po prostu nie mogę się powstrzymać.
Dopiero dziś obejrzałem sobie "Zwyczajną historię" i dziś poczytałem dyskusje na Filmasterze na jej temat. Chciałbym skomentować tę dyskusję.
Od czego zacząć... Zacznę od tego, że choć film uważam za wybitny, to nie dziwią mnie ani nie bulwersują głosy na nie. Jak wspomniał, @michuk, czy @lamijka to swoista estetyka, która po prostu nie każdemu musi przypaść do gustu. Ok, jasna sprawa. Film jest bez wątpienia trudny, @ayya sugerowała gdzieś że przydałoby się do niego libretto. No może nie do końca się zgadzam, że aż tak trudny (za chwilę to rozwinę), ale ok, trudny jest. I akceptuję to, że nie każdy lubi filmy trudne, czy chce oglądać filmy, z których mało rozumie. Spoko.
Ale jedna rzecz mnie załamała (nie tylko w postach pod tą notką, ale też pod innymi recenzjami). @verdiana napisała, że nie znosi postawy roszczeniowej. Wychodzi na to, że ja chyba też. Niestety zobaczyłem sporo przejawów postawy roszczeniowej w niektórych postach. Sens niektórych wpisów, wyartykułowany niemal dosłownie, jest bowiem niestety taki: nic z filmu nie zrozumiałem / zrozumiałam, więc to wina reżyserki bo powinna zrobić film tak, żebym ja zrozumiał / zrozumiała. A skoro nie zrobiła, to znaczy że jest kiepską reżyserką. Z całym szacunkiem, ale to jest poziom argumentacji, którego oczekiwałbym od popcornożerców (i to zresztą dokładnie JEST poziom argumentacji, którego używają oni w stosunku do wszelkiego ambitniejszego kina, w skrócie, uważając że to wydumane gówno). Raz jeszcze podkreślę: nie wymagam, że trzeba lubić film, z którego nie wyłapuje się symboli, ale żeby się od razu tym szczycić i zarzucać reżyserce, że to jej wina?
Pogódźmy się z tym, że to jest po prostu zupełnie inna kultura i zawahajmy się na przyszłość zanim krzykniemy, że coś jest zupełnie bez sensu. Nie zgadzam się też z argumentem używanym przez niektórych, że reżyserka za mało wyjaśniła o co jej chodzi. Ja myślę, że w ogóle niepotrzebnie wyjaśniała cokolwiek, bo to jest film z definicji symboliczny, czyli z definicji niejednoznaczny, który się tak jak @marylou czuje i który działa na wielu warstwach. Jedna, o której pisze verdiana wyżej jest oczywiście dla zachodniego widza najbardziej czytelna, bo jest najbardziej uniwersalna. Nie uważam wcale verdiano, żeby ze słów reżyserki wynikało, że ten film nie opowiada o niepełnosprawnym chłopaku. Uważam że opowiada, ale że równocześnie najeżony jest różnymi innymi mniej lub bardziej czytelnymi dla nas symbolami. Najwięcej kontrowersji wzbudza kwestia kontekstu politycznego. Nie ukrywam że i dla mnie nie do końca jasne jest wplecenie w film scen z manifestacji politycznych (i to mimo że miałem to szczęście widzieć je na własne oczy). Ale już kwestie społeczne są dość wyraźnie zarysowane (bogaci vs biedni, mężczyźni vs kobiety, rządzący vs służba) i choć do końca nie znam sytuacji społecznej w Tajlandii, to rozumiem, w jakim sensie film może do tych kwestii nawiązywać.
Na koniec jednak najważniejsze. Tajlandia to kraj buddyjski, a buddyjskie postrzeganie świata jest zupełnie inne od naszego. Kluczową kwestią w systemie buddyjskim jest sansara, czyli krąg narodzin i śmierci. I ten film jest przesycony buddyjskim myśleniem o życiu, o czasie, o przyszłości i przeszłości. O ciągłości. Jeśli obejrzycie film jeszcze raz, to zauważycie, że to myślenie buddyjskie o czasie pojawia się tam cały czas, czy to w rozmowach, czy w samym sposobie opowiadania, w porwanej, nieliniowej narracji (wszystko trwa równocześnie, przeszłość w formie karmy rzutuje na teraźniejszość i rzutuje na przyszłość). Ten nieszczęsny wybuch supernowej, którego się sporo osób czepiło, to moim zdaniem ukłon reżyserki w stronę zachodniego widza, któremu chciała za pomocą zrozumiałego dla niego symbolu wyjaśnić kwestię reinkarnacji (moim zdaniem zresztą akurat nieudany, bo zbyt toporny).
Nie twierdzę, że rozumiem wszystko z tego filmu. Ale dla mnie to nie problem, wystarcza mi to co rozumiem i co czuję. Nie oczekuję od nikogo, że podzieli mój entuzjazm dla tego filmu. All I am saying is give Anocha Suwichakornpong a chance!
lamijka
Przyznaję się tylko do zamiłowania do popcornu. :D O filmie nie chciałabym i po ponad roku nie umiałabym nawet sensownie porozmawiać. I nie uważam, żebym miała SZCZEGÓLNIE roszczeniową postawę. Ten film to totalnie nie moja bajka, o której chcę zapomnieć.
ayya
Nie wydaje mi się, żebym tego filmu w ogóle nie zrozumiała, w sensie - co autorka chciała przekazać, nie zrozumiałam tylko po co. Po co takie nagrodzenie metafor, po co tak konstruować film, by te dwie najważniejsze metafory były oderwane od wcześniejszej fabuły - po prostu niejasna jest dla mnie taka konstrukcja filmu, która mi osobiście rzutuje strasznie na odbiór. Lubię kino trudne, jeśli jest mądre i jakoś tam na mnie działa. "Zwyczajna historia" zwyczajnie mnie tylko wynudziła, a nawet troszeczkę poirytowała.
doktor_pueblo
@lamijka Zdaje się, że do Ciebie to raczej nie piłem, bo napisałaś od razu wprost, że nie lubisz tego rodzaju kina, co jest dla mnie argumentem jak najbardziej do przyjęcia.
@ayya Natomiast nie da się ukryć, że do Ciebie to trochę piłem :) Mam wątpliwości, czy zrozumiałaś co autorka chciała powiedzieć, skoro uważasz że metafory są zupełnie oderwane od reszty filmu. Ja też nie wszystko łapię, ale łapię tyle, że te metafory nie są oderwane od filmu. O co w nich dokładnie chodziło, to mogę sobie spekulować, ale protestuję przeciwko twierdzeniu, że reżyserka nie wie co robi. Myślę, że wie co robi, tylko po prostu używa hermetycznego języka. To nie znaczy, że film jest "głupi", tylko że jest trudny w odbiorze dla widza z naszego kręgu kulturowego. I oczywiście - co powtarzam z uporem godnym lepszej sprawy - wcale nie twierdzę, że ten film ma Ci się podobać (argument, że film Ci się nie podoba, bo jest niejasny, całkowicie do mnie trafia), bronię tylko prawa reżyserki do własnego języka filmowego.
ayya
Wiem, że zawsze do mnie pijesz, to chyba takie Twoje nowe hobby:P
Podobny sposób wplatania metafor zastosował Malick w Drzewie Życia, które nie podobało mi się dużo bardziej niż Zwyczajna Historia. Co mówi reżyserka, ma tak naprawdę drugorzędne znaczenie, bo DLA MNIE ważne jest to, jak ja bez jej pomocy film odbieram. Wyobraźmy sobir sytuację, w której twórcy Bitwy Warszawskiej zarzekają się na konferencji prasowej, że ich film jest pełen ukrytych metafor , w których brutalnie oceniają kondycję współczesnej Polski i całej ludzkości - komu wierzymy: filmowi czy twórcom? Nie twierdzę, że reżyserka nie wiedziała, co robi, tylko że jej to w moim SUBIEKTYWNYM odczuciu (wiem, że przy Tobie należy to podkreślać w co drugim zdaniu) nie do końca wyszło. Założę się, że poza autorką filmu istnieje może z 5 osób na całym świecie poza tym kręgiem kulturowym, które mogłby ten film całkowicie zrozumieć.
doktor_pueblo
:) Warto mieć jakieś hobby.
Całkowicie zgadzam się z Tobą (dla odmiany ;)) że to co mówi reżyser / reżyserka nie powinno mieć żadnego znaczenia, bo film broni się (lub nie) sam. Dlatego ja zresztą tłumaczeń reżyserów unikam. Żadnego wywiadu z Anochą nie obejrzałem i nie zamierzam, bo mam wrażenie, że mogłoby mi to tylko zepsuć odbiór.
"Drzewa życia" nie widziałem jeszcze, ale podejrzewam, że skoro w jego przypadku mamy do czynienia z symboliką chrześcijańską, to problemu z właściwym odczytaniem kodów kulturowych chyba nie powinno być. W "Zwyczajnej historii" - co do czego się chyba wszyscy zgadzamy - ten problem istnieje. Oczywiście ludzie reagują na problemy ze zrozumieniem różnie, najbardziej typowa i chyba w sumie logiczna postawa jest taka, że jak czegoś nie zrozumiem, to tego nie pokocham. Ja reprezentuję trochę inną "szkołę", ale to w sumie nieistotne, nie namawiam nikogo do jej przyjęcia. Protestuję jedynie przeciwko nazywaniu reżyserki nieukiem i poleceniu jej książek z reżyserii, tylko dlatego że jej język filmowy jest hermetyczny :P
ayya
Chyba większą sztuką, decydującą o klasie reżysera, jest zrobić mądry, nieoczywisty film o ważnych sprawach, którego przekaz zrozumie, jak najwięcej osób niż zamykanie się w hermetycznej formie i osobliwym języku filmowym, które prawidłowo zrozumieją nieliczni. Z zupełnie innej półki niż Zwyczajna Historia, ale Labirynt Fauna czy nawet Hiszpański Cyrk podejmują całkiem udanie taką właśnie próbę.
doktor_pueblo
Noo.. wiesz... tylko że pytanie brzmi, czy Anocha zrobiła film hermetyczny, bo inaczej nie umiała, albo celowo chciała utrudnić odbiór, czy dlatego, że ona po prostu pochodzi z innego kręgu kulturowego? Moim zdaniem to drugie. Czy myślisz, że Taj zrozumie dużo z "Gości wieczerzy pańskiej" Bergmana, albo z "Drogi mlecznej" Bunuela? Ja myślę, że nie za wiele, ale to nie znaczy, że te filmy są źle zrobione, tylko znaczy, że Tajom brakuje do nich klucza kulturowego. My mamy tak samo z filmami tajskimi, czy to ze "Zwyczajną historią", czy z "Wujkiem Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia". To że "Labirynt Fauna" do Ciebie bardziej trafia, to nie tylko zasługa reżysera, ale również zasługa tego, że jest to film z Twojego kręgu kulturowego.
ayya
Wydaje mi się, że przeciętny, nieco wykształcony Taj (weźmy to też pod uwagę) bardziej rozumie symbolikę naszego kręgu kulturowego niż my ichniego. Problem jest bowiem głębszy - chodzi o to, że przez lata dominacji kultura europejska i anglosaska wypracowały sobie swoistą markę (nie wiem, jak to lepiej nazwać) i kod komunikacji. Upraszczając, każdy zna podstawy religii chrześcijańskiej, nie każdy największych wyznań z tamtego rejonu Azji. Przez całe wieki Azja była dość zamkniętym regionem świata, stąd ich kultura jest dla człowieka Zachodu egzotyką, podczas gdy nasza dla nich już może niekoniecznie.
doktor_pueblo
Całkiem możliwe, choć nie zdziwiłbym się, gdyby mylnie interpretowali rzeczy dla nas oczywiste. Nie zapominaj, że u buddystów nie ma w ogóle koncepcji Boga, więc trudno powiedzieć na ile ją czują, i na ile rozumieją np. klasyczny bergmanowski problem "milczącego Boga" i związanych z tym problemów egzystencjalnych. My te rzeczy czujemy, oni niekoniecznie. Spekuluję oczywiście.
marylou
Dodam/przypomnę tylko tyle, iż reżyserka tłumaczyła na spotkaniu, że metafory być musiały, bo inaczej film nie przeszedłby przez tajską cenzurę. W Zwyczajnej historii jest podobno sporo ukrytych przenośni, których zachodni widz w ogóle nie dostrzega. Anocha była zaskoczona, że dostrzegamy jakiekolwiek, zwłaszcza te nawiązujące do sytuacji politycznej. Jednocześnie podkreślała, że pragnęła nakręcić film dla widza międzynarodowego, w taki sposób, żeby każdy odczytał w nim swoje emocje/symbole/metafory. Stąd też film z jednej strony jest prostą historią, z drugiej ma bogatą warstwę metafizyczną. Dla mnie to wielka umiejętność, a fakt, że po obejrzeniu filmu pozostały jeszcze jakieś metafory do odkrycia mnie mocno intryguje i motywuje do zagłębienia się w tajską kulturę/politykę, a nie jej zlekceważenia skutkiem niezrozumienia niektórych przesłań.
doktor_pueblo
No właśnie, podobno np. Anocha tłumaczyła gdzieś, że tajska scena polityczna fluktuuje wg buddyjskiego cyklu śmierci i narodzin, partie odchodzą, wracają, odchodzą, wracają... Takich ukrytych wątków może być w filmie sporo, a są to oczywiście rzeczy kompletnie nie do wyłapania dla nas.
marylou
Wydaje mi się, że to kojarzę, pewnie więc na NH o tym wspominała. A z innej beczki: cieszy mnie bardzo, że akurat Tobie ten film się podobał. Nie zaskoczyło mnie to szczególnie, ale dobrze mieć mistrza_pueblo w swoim obozie ;)
doktor_pueblo
I pewnie ucieszy Cię też @marylou, że mam ten film na dvd, gdybyś tak kiedyś chciała do niego wrócić :)
marylou
Pewnie! Zgłoszę się w nowym dobrym roku :) Zresztą, chyba nie tylko Zwyczajną historię chciałabym z Twojej filmoteki wypożyczyć :)
doktor_pueblo
Z innej beczki: nie podobała mi się za to za bardzo "Mama" z tegoż samego boxu NH. I, ciekawa rzecz, mam wrażenie, że w tym filmie też większość nie skumała co się wydarzyło w końcówce, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo kod kulturowy (matka - syn) jest na tyle uniwersalny, że film nie wydaje się nieczytelny. A jak jesteś ciekawa co się wydarzyło, to (mądry dzięki wkładce w dvd) ujawniam tu: http://doktor_pueblo.filmaster.pl/wall/1385480/
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook